Wyszukiwarka


Nawigacja
Strona Główna
Dodaj zdradę
Artykuły
Kontakt
CZAT (jest 0 zobacz kto)

Ekipa portalu
Test na wierność
Portal w pigułce


Wasze zdrady
Zdradzone przez męża
Zdradzeni przez żony
Zdradzone przez chłopaków
Zdradzeni przez dziewczyny
Zdradzeni w innych związkach
Zdradziłem - zdradziłam
mama/tata zdradza

Pomocne instytucje
Detektywi
Prawnicy
Psycholodzy
Poradnie rodzinne
Dodaj instytucję

Wzory dokumentów
Porady prawne

Zbanowani użytkownicy
Polityka cookies
Postrzeleni kulkami
Użytkowników Online
Gości Online: 52
Użytkownicy Online: Nox, Romanos

Zarejestrowanch Uzytkowników: 13,334
Najnowszy Użytkownik: jakitaki
Ostatnie Artykuły
Potęga przebaczenia
Jak rozwiązać proble...
Dziecko ofiara małże...
Życie po zdradzie
Ból emocjonalny R...
Reklamy...
Tak, tacy jesteśmy "wyjątkowi" ...
Zdradzony przez żonęW sumie nie wiem jak zacząć ...

Niestety dla Waszego poglądu na całą sytuację muszę się cofnąć bardzo daleko - 8 lat do momentu ważnego w moim życiu - do ślubu.

Braliśmy go ze świadomością, że to moment albo na ślub albo na rozstanie.
Mimo pięknej i dość niezwykłej historii, która nas połączyła już w szkole średniej, do której chodziliśmy razem (byliśmy ze sobą 8 lat przed ślubem).
"Żona" miała wtedy 24 lata i była świeżo po zauroczeniu kolegą ze studiów - on miał 42 lata zdaje się.
Trwało to kilka miesięcy, jeździli razem nad jeziora, na spacery, na wykłady a także do niego. Po wszystkim opowiedziała mi to - a może ją jakoś zmusiłem - nie pamiętam (nie czynem żeby była jasność :). Ale jestem takim człowiekiem, który chce wiedzieć i być świadom tego co się dzieje. W związku z tym opowiedziała mi wszystko - łącznie z tym, że któregoś razu wylądowali już w łóżku i była już w samych majteczkach - ale że nie o to jej chodziło w jego przypadku (seks) to na tym się zakończyło i do niczego nie doszło - wierzę jej nawet dzisiaj bo wiem czego brakowało jej wtedy we mnie, w nas i wiem jakim człowiekiem był owy kolega.
Ja jej więc wierzę, że z jej strony było to wtedy bardziej platoniczne. Wierzyłem też cały czas w nasz związek, idealizowałem ją i związek przez wzgląd na to jak się poznaliśmy i jak piękne i mocne to było.
Niestety ślub nie był dla nas wystarczającym otrzeźwieniem - mimo, że później uważałem że i tak nas częściowo uzdrowił. Niestety teraz patrząc wstecz wiem, że ani ja ani ona nie byliśmy szczęśliwi w żadnym z 8 prawie lat, które jesteśmy ze sobą. Winę za to widzę u siebie tak samo jak u niej - nie staraliśmy się, żyliśmy obok siebie, mieliśmy różne problemy na czele z finansowymi.
Mimo, że bywało różnie były też momenty gdy problemów finansowych nie mieliśmy - a mimo to szczęśliwi nadal nie byliśmy. Jak nie ona, to ja przeżywałem trudniejsze okresy.
Wtedy tego nie wiedziałem, zamykałem się w sobie, nie chciałem rozmawiać (ona też nie za bardzo) - miałem życie "wirtualne", oglądałem dużo filmów, seriali - robiłem wszystko byle nie myśleć o życiu i problemach.

Tak dotarliśmy do wydarzeń z początku kwietnia tego roku.
"Żona" poznała kolegę z pracy.
Opiszę to z mojego punktu widzenia - jednak już z jakimiś naleciałościami obiektywizmu i perspektywy czasowej ponieważ wiele rzeczy już przemyślałem i przeanalizowałem (a przynajmniej tak mi się wydaje).

Żona od kwietnia bardzo się zmieniła - stała się radosna, szczęśliwa, energiczna.
Dla mnie był to z kolei okres i stan umysłu schodzący po równi pochyłej - nie wiem, być może nawet depresja ... skoro rano nie widziałem sensu wstawać z łóżka i spałem czasami do 14:00 to być może powinno się tak to wprost nazwać (a z powodu rodzaju pracy mogłem sobie na to pozwolić).
Ona kwitła - wszyscy to widzieli a ja zacząłem czerpać radość z jej samopoczucia i z jej energii i wychodzić ze swojego stanu. Wstyd to teraz powiedzieć ale zmieniła się całkowicie - w łóżku też i miałem wrażenie, że uleczanie NAS zaczęła właśnie od tego ... i to działa. Pierwszy raz od ślubu czułem, że (o ironio) o nas walczy i że to jak się czuję i jak się kochamy zawdzięczam jej.
Mimo wszystko podświadomie zacząłem też coś podejrzewać.

Zauważyło te jej zmiany także otoczenie bo gdy była u starszej siostry, ta po wszystkim wypaliła teściom, że "ona ma chyba romans bo jest taka szczęśliwa".
Ja to po części zignorowałem.

Gdy zaczęło się coraz więcej nadgodzin w pracy i dziwne wyjazdy na pół godzinki, na godzinkę nie mogłem tego zlekceważyć.
Mimo że uważam to za wstrętne i upokarzające dla obu stron, "pogrzebałem" w jej telefonie żeby wiedzieć gdzie jest.

Pod koniec maja w niedzielę po obiedzie powiedziała, że jest umówiona z koleżanką - pojechała.
Po iluś minutach natchnęło mnie żeby sprawdzić czy pojechała rzeczywiście tam gdzie mówi - niestety kierunek był inny. Tereny spacerowe dla "zakochanych" w naszej miejscowości (o jakież to banalne !).
Wsiadłem w samochód i pojechałem tam - niestety nie zdążyłem, minęliśmy się.

Za chwilę się spotkaliśmy na parkingu - wsiadłem do niej - wypierała się wszystkiego. Po chwili zaczęła mówić - niestety jak się później okazało, same kłamstwa.
Stwierdziła, że to niewinne pierwsze spotkanie poza pracą z kolegą Andrzejem (imię zmyśliła - nawet ono nie było prawdziwe). Przyrzekła, że w takim razie to skończone i już się z nim nigdy nie zobaczy.
A wystarczyło być wtedy szczerym ...

W kolejnym tygodniu (poniedziałek-wtorek) zaczęła mnie uprzedzać, że w tym tygodniu wyjedzie na cały dzień na krótkie szkolenie z pracy.
Byłem już spokojny (złapałem ją - perfidia i kolejne kłamstwa nie były brane pod uwagę przeze mnie) więc nie zdziwiło mnie to. Wyjazd przesunął się z piątku na wtorek w następnym tygodniu - 28 maja.
Niestety wcześniej w piątek połapała się z namierzaniem w telefonie i usunęła mi tą możliwość - dodatkowo od niedzieli nosiła telefon przy sobie i nie spuszczała go z oczu ani na sekundę.
To dało mi do myślenia ale tłumaczyłem sobie, że moja ukochana żona jest już szczera a po prostu nie chce być "szpiegowana" - co rozumiałem i napawało mnie obrzydzeniem (sięganie po takie metody "kontroli").

Przyszedł wtorek 28 maja.
Obudziłem się równo z nią, przed 6:00.
Nie mogłem spać, poszła do łazienki - oczywiście z telefonem.
W każdym kawałku mojego ciała czułem, że tego dnia ma się wydarzyć coś strasznego dla mnie. Czułem ogromny ścisk w żołądku i wszystko we mnie drżało.
Chodziłem po domu, miałem nadzieję że gdzieś na chwilę zostawi telefon i będę mógł za chwilę wiedzieć dokąd pojedzie.
Udawałem problemy z żołądkiem żeby wejść do łazienki - wpuszczała mnie, ale telefon zabierała ze sobą.
Musiała czuć, że coś jest nie tak i że coś się ze mną dzieje, że coś czuję ...

Pomyślałem, że po jej wyjściu ubiorę się i pójdę za nią.
Niestety tego nie zrobiłem - do dzisiaj nie wiem dlaczego i nie mogę sobie tego wybaczyć.
Wyszła o 7:00.

Wróciła po 14:00.
Wesoła, powitała mnie słowami "Cześć kochanie, co dzisiaj zrobimy sobie na obiad ?".
Następnego dnia skorzystałem ze swoich znajomości - mając świadomość, że coś na pewno wydarzyło się dnia wcześniejszego.

Obrzydza mnie sam fakt, że musiałem (i chciałem) to zrobić. Po 13:00 w środę mym oczom ukazały się dowody na telefonie.

W nich słowa jego: Dziękuję za słodycz aniele, kocham cię.
Oraz jej: Żyję tylko miłością do Ciebie, sprawy przyziemne mnie nie interesują.

Już wiem, że kocham ją nad życie i pewnie dlatego moje serce niemal wtedy stanęło.
Miałem dziesiątki myśli, dziesiątki rozwiązań ...

Stało się jednak tak, że emocje zwyciężyły i pojechałem do niej do pracy.
Stamtąd zadzwoniłem do owego "samca alfa" - wszystkiego się wypierał, udawał że nie wie z kim rozmawia i miał przerażenie w głosie.
Dopiero jak go ocuciłem słowami "słuchaj skur...ynu - albo się ogarniesz i zaproponujesz godzinę spotkania, które jesteś mi winny albo za chwilę wszystko co wiem będzie wiedziała też Twoja żona" zrozumiał powagę sytuacji i powiedział, ze oddzwoni.
Tak - ma żonę i nastoletnią córkę.
Po chwili przyszła moja "żona" z pracy do mojego samochodu.
Powiedziałem, że wiem o wszystkim.
Zbladła i zaprzeczała w żywe oczy. Dziwiłem się, że moja ukochana jest do tego zdolna.
Jak pokazałem dowody, dopiero przestała.

Wróciliśmy do domu i rozpoczęliśmy rozmowę - jak to zawsze między nami, bez krzyków i spokojną ... takie już chyba charaktery. Skrywamy emocje w sobie - i może to był m.in. nasz problem.
Przyrzekła mi szczerość, opowiedziała "wszystko".

O wtorku powiedziała, że spędzili go w parku - z racji tego że padało - w jego samochodzie na tylnym siedzeniu.
Opowiedziała, że się całowali i że było "gorąco" więc doszło do jakiś pieszczot (ale nie "tych większych") choć przyznała, że dotykali się ...
Dla mnie to był cios i szok. Mowa o mojej żonie, z którą jestem kilkanaście lat, prawie 8 lat po ślubie ... byliśmy dla siebie "pierwszymi" pod każdym względem.

Przyznała, że w owym "kolesiu" jest zakochana. Twierdziła, że potrzebowała tego aby wyjść z marazmu i beznadziei, którą czuła na co dzień.
Płakała i mówiła, że mnie skrzywdziła, że mi to zrobiła i przyrzekła (po raz drugi już) że to zakończy. Zadzwoniła przy mnie i padły na koniec słowa "... no niestety M.... to koniec naszej znajomości".

Następnego dnia (czwartek - dzień wolny) pojechaliśmy z moimi rodzicami na małą, wcześniej zaplanowaną wycieczkę.
Widzieli co się ze mną działo - mama nawet pytała ją o to.
Po powrocie tylko myślałem i myślałem ... nic mi się nie zgadzało.
Niestety jestem "analitycznym typem" i rozkładam wszystko na czynniki pierwsze - do tego kocham Ją bardzo i dlatego wiedziałem, że nie mówi wszystkiego.
W sobotę wieczorem wydzierając z niej prawdę - usłyszałem wreszcie wszystko.
Potem wyciągnąłem wszystkie szczegóły (w tym byłem nawet dość okrutny).

W tamten wtorek wyszła wiedząc, że coś podejrzewam, oglądając się za siebie poszła na miejsce, skąd odebrał ją kochanek.
Pojechali do hotelu i spędzili tam wszystkie godziny - uprawiali seks. Było to ich pierwsze dłuższe spotkanie. Nie miała satysfakcji z samego stosunku, ale potrzebowała tej bliskości, czułości i namiętności - i o to jej podobno chodziło.
Potem jak już wiecie wróciła do domu i zapytała mnie o to co zjemy na obiad :)

Pół nocy płakała, mi też poleciały łzy.
Mówiła, że nie wie dlaczego była tak głupia, dlaczego zniszczyła nas, dlaczego zniszczyła mi życie, dlaczego nam to zrobiła i że nie wie jak będzie z tym dalej żyła.
Ja biłem się z myślami i nie wiedziałem co zrobić - zawsze o takich sytuacjach myślałem, że to po prostu koniec i nie ma o czym w ogóle rozmawiać.

NIESTETY - ja ją szczerze kochałem i dopiero co zacząłem przebudzać się z wieloletniego "letargu" w jakim byłem - a tu dowiaduję się tego, że ona poszła na "łatwiznę" z innym ... zamiast naprawiać nas.

Nie wyobrażałem sobie, że jej wybaczę - nie wspominając o tym, że nawet jeśli zdecyduję się jakimś cudem zostać z nią - jaki to ma sens, skoro nie chcę jej nawet widzieć nago, nie wspominając o seksie.
To był straszny weekend, chciałem się wyprowadzić, nie mogłem patrzeć na nią, na siebie ... wiedziałem, że mam w tym spory udział. Ok, nie w tym co zrobiła - ale poniekąd popchnąłem ją swoim działaniem (a raczej jego brakiem) w objęcia innego - tak, decydowała potem o tym co robi sama i na każdym etapie MOGŁA powiedzieć "dość" i to zatrzymać - ale tego nie zrobiła.
Nie zrobiła tego wychodząc z domu w tamten wtorek gdy widziała, co się ze mną dzieje (co sama przyznała). Nie wycofała się wchodząc do hotelu, wchodząc do pokoju, rozbierając się ... i w żadnym innym momencie.
Zadawałem sobie mnóstwo pytań, na które nie potrafiłem odpowiedzieć.
Nie wiedziałem co oznaczało wiele jej zachowań - w weekend uprawia seks ze mną i w sobotę i w niedzielę - jest cudownie i jej (podobno) i mnie (i faktycznie było to coś innego niż latami wcześniej) po czym we wtorek robi to z nim a potem ... w kolejny weekend znowu ze mną i znowu jest dziko i namiętnie.

Niestety okazało się, że to nie były najgorsze dni w moim życiu.
Nie wiem jak kto traktuje sprawy wiary i Boga - ale ja na poważnie. Mam fajną znajomą (po 60-tce). Bardzo wierząca osoba - od razu poznała, że coś ze mną nie tak.
Porozmawailiśmy, opowiedziałem jej prawie wszystko. Stwierdziła, że to dla mnie wspaniały czas (sic!), i że teraz poznam siebie - że teraz poznam, czy moja miłość do niej jest naprawdę tak wielka jak o niej sam myślę.
Powiedziała, że mam postępować NIESTANDARDOWO i że mam postarać się (co będzie BARDZO trudne) postawić GRUBĄ KRESKĘ przed wszystkim co było. Teraz ja mam jej dać siłę swoją miłością i mamy zbudować jeszcze coś pięknego skoro ona twierdzi, że mnie kocha i jej na mnie zależy - mam tego nie przekreślać.
Wtedy w to nie wierzyłem ale jak się przespałem z tymi słowami i wstałem następnego dnia ... nie chciało mi się wierzyć w to co się we mnie zmieniło ... poczułem że MAM do tego siłę !
Porozmawialiśmy i stwierdziłem, że dam szansę jej, że dam szansę nam mimo tego co boli w sercu. Podziękowała mi za to i się ucieszyła. Wcześniej przyznała się do wszystkiego i zmusiłem ją swoimi słowami do opowiedzenia największych szczegółów.
Czułem że w końcu mówi samą prawdę, niezależnie od jej wagi i bólu.
Wprawdzie kilka rzeczy jeszcze mi się nie zgadzało (np. to, że musiała mieć drugi telefon komórkowy w pracy do rozmów i sms-ów, ale przyrzekła, że tak nie jest) - ale ja chciałem tego czego chciałem.
Wybiłem jej z głowy mówienie komukolwiek - chciała żebyśmy powiedzieli rodzicom, nawet moim - ja wiedziałem, że po tym "środowisko" mogło by nam nie dać dużych szans. Nie zgodziłem się - mieliśmy poradzić sobie z tym (w końcu) sami - razem.

Od wielu lat nie czułem czegoś takiego - miałem energię, miłość i nadzieję do przenoszenia gór !
Mijał tydzień i było cudownie - pod każdym względem. Nie wierzyłem w to że może po czymś takim tak być - nawet a może przede wszystkim w łóżku ... czułem jej uczucia i jej zaangażowanie.
Minął tydzień od 3 do 9 czerwca - było wspaniale - dla mnie - jak u nastoletniej, zakochanej pary. Rozmawialiśmy godzinami, zamykaliśmy się w samochodzie w garażu na tylnym siedzeniu i rozmawialiśmy dwie godziny (chyba nawet sąsiedzi się podśmiewali z tego). Zaczęliśmy chodzić na spacery, wszystko robiliśmy razem. Jak była w kuchni to ja też chciałem tam być.
Może nie uwierzycie - ja też do końca nie wierzyłem, ale miałem wrażenie, że się w niej zakochuię :)
Tak samo minął tydzień 10-16 czerwca. Byłem najszczęśliwszy od początku naszego małżeństwa (jakkolwiek to brzmi i jak świadczy o poprzednich latach) - ona też tak mówiła. Miałem wrażenie, że jestem nowym człowiekiem - zmieniłem podejście do innych spraw, ludzi, zmieniałem siebie, miałem sporo planów i energię do pracy.

Mimo, że miałem wszystko w pamięci i nachodziły mnie różne myśli - potrafiłem je zwalczyć w sobie. Wiedziałem, że będę pamiętał ale że mam siłę żeby z tym żyć i kochać ją nadal - może nawet bardziej (a na pewno bardziej się starać i jej to okazywać).
Niestety w minioną środę (19.06) coś mnie naszło z myślą o owym drugim telefonem, którego mówiła że nie ma - nie mogłem znaleźć w domu jej starego aparatu.
Znowu zaczęły kotłować się we mnie myśli - nie wierzyłem sam sobie ... tłumaczyłem sobie, że wpadam w paranoję - przecież moja ukochana nie jest AŻ TAK obłudna i zakłamana. Przecież płakała, była szczera.
Zdobyłem numer jej drugiego telefonu i "dowody" (nie pytajcie jak - sam nie wierzę, że byłem do tego zdolny).

Teraz wiem, że mimo że się już nie spotkali (była w domu zawsze 20 minut po końcu pracy) od tygodnia już sms-owali i rozmawiali znowu godzinami.

Coś we mnie pękło - tym razem nie MOGŁEM w to uwierzyć. W to, że pozwoliła mi myśleć przez dwa tygodnie, że mamy szansę. W to, że ja wkładając w nas CAŁE swoje SERCE, wszystkie uczucia zablokowałem w sobie myśli o jej zdradzie i starałem się żebyśmy byli szczęśliwi.
Pomyślałem, że po prostu jestem dla niej NIKIM, szmatą którą można okłamywać i wycierać podłogi. Wiedziałem, że nie traktuje mnie ani z szacunkiem ani poważnie - dlatego postanowiłem powiedzieć natychmiast o WSZYSTKIM jej rodzicom. Może ich potraktuje poważnie ... a może chciałem jakiegoś wsparcia w tym momencie i zrozumienia - nie wiem.
Nie uważam tego za błąd - myślę że ostatecznie ją to obudziło, fakt że nie krzywdzi tylko mnie - skoro mnie ma za nic to może chociaż swojej matki nie będzie okłamywała.
Nie mogłem jednak pojąć jak mogła być zdolna do tego - zdrady przydarzają się wielu ludziom ale TAK ja nie potraktował bym osoby mi obcej czy obojętnej - nie mówiąc o osobie, do której jeszcze podobno coś czuję czy mi na niej zależy.

Zadzwoniłem potem do niego.
Powiedziałem, że skur^%*l miał szansę dwa tygodnie temu - że odpuściłem dla mojej żony wszystko co z nim związane. Że nie rozj*&^em mu łba, nie poinformowałem jego żony ani jego 14 letniej córki o tym co robi.
Potem pojechałem do niej do pracy i przy jej koleżankach mówiłem - o tym że szlaja się po hotelach ze swoim gachem, o tym jak jest zakłamana i obłudna karmiąc mnie nadzieją, okłamując mnie pomimo tego, że wkładam całe swoje serce w to co z nas zostało i próbuję zapomnieć o tym co zrobiła.
Parę rzeczy powiedziałem też na przy wejściu do budynku więc ogólnie w jej pracy wiedzą - teraz żałuję tego bo wiem, że nadal nie jest mi obojętna a ona cierpi przez to, że mnie poniosło. A może jestem idiotą. Nie jeden zrobił by zapewne więcej - ja zawsze też myślałem, że zrobił bym więcej. Ale jakoś w tym momencie nie myślałem o NIM i odegraniu się aż tak bardzo na niej jak o niej i o sobie jako związku.

Wyprowadziłem się tamtej środy.
Ona nadal w domu twierdziła, że mnie kocha i że jej na nas zależy. Prosiła wręcz na kolanach, żebym został i nas nie przekreślał.
Nie wiem na ile to jakieś przyzwyczajenie (ma mnie od 16 lat), na ile bojaźń straty i jego i mnie jednocześnie.
Straciłem całą wiarę - w nią, w jej prawdomówność, szczerość (do tego mam wrażenie nie jest w ogóle zdolna, chyba nawet przed sobą), w małżeństwo, w wierność ... w gruzach i zgliszczach leży 90% mojego życia.
Zdaję sobie sprawę że ja też s***łem na całej linii ... że nie dawałem nam szans wiele lat. Ale uczciwie - ona też tego nie robiła a dodatkowo dorzuciła te 2,5 już miesiąca ciągłych kłamstw, obłudy i nieszczerości ...

Po nocy poza domem przemyślałem kilka spraw - trochę po złości (żeby jej tego nie ułatwiać) postanowiłem wrócić do domu. Choćby dlatego, żeby nie mogła wyciągnąć ot tak telefonu i sobie z nim rozmawiać.
Zadzwoniłem też do niego - w dwóch w sumie, a teraz już trzech rozmowach były momenty, gdy mówił o niej niezbyt pochlebnie - bądź takie rzeczy sugerował.
Powiedział, że jestem naiwniakiem jeśli myślę że on był jej "pierwszym".
Zasugerował, że ten najświeższy kontakt z nim (trwający już tydzień - więc ja i rozmowy ze mną wystarczyły jej w sumie tylko na tydzień, a nie dwa jak myślałem) wyszedł z jej strony a "on co ? - miał powiedzieć jej żeby spadała ?"
Później takich słów o niej wyparł się w rozmowie z nią ale ona chyba nieco przejrzała na oczy, że zadała się nie do końca z takim facetem jak o nim myślała. Po odłożeniu słuchawki ze mną zadzwonił do niej i wtedy odważnie zaczął mnie obrażać i sugerować, że jak wymuszę na nim żeby powiedział swojej żonie (a takie dałem mu ultimatum do niedzieli) i jej się coś stanie to skończę jako roślinka ... Że jeśli żona go po tym wyznaniu rzuci, to on UKRADNIE mi moją żonę :D
Był żałosny i tchórzliwy - bał się okrutnie a groził mi tylko w rozmowach z nią ani razu w twarz, bezpośrednio.

Niestety ona walczyła o niego jak lwica, to właśnie wtedy podczas tych 2 godzin rozmów z nim (moich i jej) zobaczyłem jak jej na nim zależy.
Walczyła, żeby nie poniósł ŻADNYCH konsekwencji związanych z tym co się stało. Przepraszała go jak mała dziewczynka za to, że ma ze mną problemy.
Na koniec "wymusiła" na mnie ugodę - ja nie powiem jego żonie a on mi PRZYŻEKNIE jak facet facetowi (sic!), że już nigdy się z nią nie skontaktuje, nie zobaczę go 10 metrów od niej ani nawet nie pójdzie osobiście po cokolwiek do jej działu w pracy.
Był tak wystraszony, że przyrzekł to i poprosił, żebym jednak przypilnował żonę (!) żeby ona do niego nie pisała i nie dzwoniła, bo on nie chce mieć ze mną więcej problemów - więc mam pilnować żony. To chyba otworzyło jej trochę oczy z jakim człowiekiem się zadała.

Dzisiaj nie wiem co czuję, nie daję nam większych szans. Nie mam siły na walkę - całą włożyłem trzy tygodnie temu ...
Nie wiem jak mogła ponownie mnie okłamywać - mam wrażenie, że były dwie ONE. Jedna - szczera w pracy, zakochana ... druga w domu - zakłamana, obłudna, nieszczera wobec mnie, siebie i wszystkich naokoło.

Z drugiej strony boję się o nią.
Z trzeciej strony obiektywnie myślę, że ja zasługuję na szczerość i że zasługuję na prawdę - jeśli się sama oszukuje i myśli, że mnie kocha i że jej zależy a to nie prawda - to niech mi o tym w końcu powie.

Teraz wszystko jest po jej stronie - ja "zagrodziłem" memu sercu wpływ na moje czyny bo do tej pory mnie za każdym razem gubiło, było naiwne i łatwowierne więc teraz kieruję się faktami i prawdą.
Ta niestety jest taka, że jeszcze w środę do południa zwierzała mu się z tego jak nie potrafi mnie potraktować nogą. Jak mam w takim wypadku wierzyć w to co mówi o swoich uczuciach do mnie ?
Jak mam wierzyć pamiętając o tym jak zaprzepaściła, przekreśliła i zdeptała moje zaangażowanie, miłość, wybaczenie i szczerość sprzed trzech tygodni ?

Po tym wszystkim przypomniałem sobie o jednej sprawie, która dotknęła mnie.
Kilkanaście miesięcy temu pojechałem na tygodniowe szkolenie do Warszawy.
Tam los sprawił, że poznałem dziewczynę - najładniejszą na całym szkoleniu. Ja spodobałem się jej a los sprawił, że rozmawialiśmy i byliśmy sami prawie codziennie godzinami wieczorem (mój współlokator miał "coś" więcej z jej współlokatorką). Było to bardzo przyjemne - kto nie lubi być adorowany, kokietowany i słuchać o sobie komplementów.
Ale ja w każdym momencie tej znajomości wiedziałem i ufałem, że nie jestem w stanie zrobić żadnego kroku dalej. Myślałem o żonie - i wcale nie o miłości do niej tylko o ... szacunku, o tym jak dobrą osobą jest i że tylko z tego powodu nie jestem w stanie nic zrobić przeciwko nam. Nie mógł bym jej potem spojrzeć w oczy.
I jak już atmosfera któregoś z ostatnich dni w Warszawie zrobiła się "gęstsza" - poszedłem do swojego pokoju. Miałem wrażenie, że kontroluję każdą sekundę swojego postępowania.
Po wyjeździe otrzymałem jeszcze kilka miłych sms-ów i maili od niej i ... byłem zadowolony z tego jaki jestem. Dlatego miałem takie wyobrażenie o swoim uczuciu i jego wielkości.

Ona takich hamulców nie włączyła niestety na żadnym etapie swojego "romansu".
Ona potrzebuje chyba pomocy jak nigdy - kłamała wiele tygodni, wszystkim, o każdej sprawie Chyba sama nie wie czego chce i co czuje.
Niezależnie od tego jaka ona jest - wierzę, że ja też zasługuję na prawdę.

A jeśli chce być nadal ze mną - niech się stara. Ja na razie nie mam już na to sił. Chyba najpierw muszę uwierzyć w nią a potem w nasz związek ... lub to co z niego zostało.

Co mogę wam jeszcze napisać ?
Póki co (o ironio) twierdzi, że potrzebuje czasu bo uczucie do niego ją przerosło i teraz nie wie co czuje ale wie, że naszą miłość ma gdzieś w głębi serca :)
Ja z kolei wiem, że obudził się we mnie trzy tygodnie temu nowy człowiek - wierzę w to i staram się postępować zgodnie z tym - być lepszym mężem, synem, bliźnim - na co dzień i w każdej chwili.
Niezależnie od tego czy będziemy razem ja potrzebuję zmiany swojego życia, siebie i już wiem że do tego siły mam.

A starać się ? Niech teraz stara się ona i zobaczymy co z tego wyniknie ...
Komentarze
Strona 1 z 7 1 2 3 4 > >>
rekonstrukcja dnia czerwiec 25 2013 01:39:02
Szczerze? Nie sądzę, żeby po takim ciosie i potrójnym nokaucie ( o ile dobrze policzyłam Twoje zejścia ) starania Twojej żony odniosły skutek, którego chyba oczekujesz. Tobie potrzebny byłby pokażnych rozmiarów cud, wszystko o mniejszym ciężarze gatunkowym zniknie w czeluściach dziury wypalonej w Twoim ciele na wylot. Poprostu przeleci przez Ciebie.

Z tego, co piszesz wynika, że to Twoja żona bez opamiętania leci na kochasia , natomiast facet próbuje się od niej wymiksować ( najbardziej mnie ubawiło, że to Tobie kazał przypilnować roznamiętnioną małżonkę) , bo jego celem było niezobowiązujące dymanko z mężatką , a nie love story z rozwódką, za którą miałby zapłacić własnym rozbitym małżeństwem. Właściwie to ten typek obydwoje Was zrobił w jajo, ba, a nawet sztukmistrz ciężar odpowiedzialności sprytnie przerzucił na Twoje barki. Przecież on Ci wprost zakomunikował : trzymaj ode mnie z daleka tę goniącą się sucz, jak nie chcesz, żebym był zmuszony jej używać.

Mówiąc szczerze, lepiej było zostawić tak , jak jest. Niepotrzebnie go straszyłeś. Może jej już nie chcieć , znajdzie sobie mniej ryzykowną kochankę, a Ty zostaniesz z głupią babą bez krzty godności, którą jakiś doopek sponiewierał i ośmieszył, a ona i tak lgnęła do niego jak mucha do kupy.

Nie sądzę, żeby po tak poniżającym spektaklu ta pani była w stanie zaspokoić Twój apetyt na miłość. Tę fizyczną, tak. Tę duchową, nie. A Tobie chyba uczucia trzeba do cudownego ozdrowienia, a nie trywialnego rżnięcia. Zwłaszcza, że najlepiej żonie wychodziło rżnięcie głupa.

Gość: Sheridan dnia czerwiec 25 2013 05:28:40
Przykro mi to pisać ale powinieneś uciekać z tego małżenstwa jak najszybciej. Żona ewidentnie Cię nie kocha... gdyby kochała to nie zniszczyła by Cię jako cżłowieka i jako mężczyzne. Dałeś jej juz jedną szanse przed slubem i co? Nie wykorzystała jej. Jak widać nie wyciiągnęła z tego wniosków i znów Cię zdradzała. To już taki typ czlowieka który nia ma hamulców więc jesli nawet wybaczysz to wiedz że jak wszystko przycichnie i wrócicie do porządku dziennego ona znowu to zrobi.
Zastanów się też czy aby na pewno znasz całą prawdę, bo być może to co wiesz to tylko część prawdy.
Ona teraz czuje że może stracić słodkie życie u męża który na wszystko zarabia i du..a jej sie trzesie. Dopiero teraz zobaczysz do czego jest zdolna kobieta... jeszcze będziesz zszokowany jak Cię będzie zapewniać o miłości... tylko że to są zwykłe puste i nic nieznaczące słowa.
Wystaw jej walizki za drzwi i zawieś do mamusi. Niech niszczy życie komuś innemu a Ty chłopie się ewakułuj z tej toksycznej relacji. Bo jak zostaniesz w tym dłużej to zostanie z Ciebie tylko cień cżłowieka.
Zdradziłą Cię z premedytacją. Wszystko dokładnie planowała. Miej tą siadomośc. Nikt jej nie upił. ONA TEGO CHCIAŁA!! Niech więc nie piep... szy o miłości. Bo jedno wyklucza drugie. Boi się tylko że straci dostatnie życie u boku mężusia i **** zaczęła trząść.
A więc ostateczna konkluzja. Uciekaj od niej jak najszybiej. Rozwód o Winie i nowe życie.

Volcane dnia czerwiec 25 2013 06:09:19
Dziękuję za wasze odpowiedzi ... oczywiście ja mając w sercu uczucia, które do niej jeszcze mam próbuję to wszystko tłumaczyć, zgłębić i zrobić z tego bardziej skomplikowaną sprawę/osobę/postępowanie niż pewnie jest.

Wyprostuję jednak pewne fakty - jej życie dostatnim ciężko przez lata małżeńskie określić, mnie dobrym i dającym szansę po ślubie mężem na naprawę wszystkiego - także. Momentami zastanawiam się jak w ogóle można było mnie lubić (pomijam kochanie) przez te wszystkie lata - zadufany w sobie, pewny siebie a tak naprawdę podstaw w życiu/postępowaniu i efektach do tego wszystkiego brak. Zawsze znałem odpowiedź na każde pytanie ale postępować mądrze w życiu ... już nie bardzo.

Owszem - byłem wierny i ufający naszej miłości a ona to wykorzystała.
i Sheridan wierz mi, że najbardziej boję się pogodzić z tym, że ona "już taka jest i wcześniej czy później to się powtórzy".

Mam nadzieję, ponieważ wiem że ja nie tyle będę inny co muszę stać się innym, nowym człowiekiem - i to nie dla niej (już nie) tylko dla siebie. Zmienię swoje życie i wiem, że muszę to zrobić choćby dla moich rodziców, których też rozczarowałem opowieścią o swoim 8 letnim życiu - przy tej okazji.

Ale jakoś nie potrafię zacząć tego nowego życia bez niej u boku - traktuję to trochę jak wyzwanie i test od Pana Boga za to co robiłem latami ...

Tulia dnia czerwiec 25 2013 07:16:11
Póki co (o ironio) twierdzi, że potrzebuje czasu bo uczucie do niego ją przerosło i teraz nie wie co czuje ale wie, że naszą miłość ma gdzieś w głębi serca :[/i[i]])
...w glebi to ona ma, z pewnoscia, ale na pewno nie serca. Volcane, probuj, ale nie zapomnij zabezpieczyc dowodow na wszelki wypadek do rozwodu. nie wspomniales o dzieciach albo nie doczytalam (?).
byc moze potrzebujesz czasu, by dojrzec do rozstania. ta starsza kolezanka, ktora Ci doradzala, nie najlepiej to zrobila. w zyciu nie da sie odciac czegokolwiek gruba kreska. no chyba zeby ufnosc od naiwnosci, ale i to ciezko. przenikaja sie zanadto. uwazaj, prosze, zeby jednak te proby odgraniczenia nie zlamaly Cie. bo i tak bywa. nie jest latwo na zawsze oddzielic serce od rozumu i z pewnoscia nie jest zdrowo.
napisales, ze jakos nie potrafisz zaczac nowego zycia bez niej. uczep sie tego "jakos". buduj siebie na nowo, ale z taka dobra izolacja od malzonki, jej emocji i Twoich emocji w zwiazku z nia. zamiast jakos byc z nia, buduj lepsza jakosc swojego zycia, ale bez zwiazku z nia. zebys zawsze mogl odejsc bez wiekszych strat wlasnych. licz sie z powtorna jej zdrada,bo to jednak klasyka, nie pozwol, zeby to Cie zniszczylo. powodzenia.

Gość: Sheridan dnia czerwiec 25 2013 07:22:28
Rozumiem Cię bo trudno jest przekreślić tyle lat wspólnego życia. Wspólne poranki, przywiązanie do drugiej osoby sprawia, że ciężko choćby wyobrażać sobie że tej drugiej osoby mogłoby nie być.
Ja zawsze byłem zdania, że zdrade można wybaczyć o ile był to jednorazowy wybryk (choćby wpadka po alkoholu), a osoba zdradzająca żałuje tego i też walczy o ratowanie małżeństwa.
Świadome ciągnięcie zdrad, planowanie ich, ukrywanie jest moim zdaniem szafotem dla związku i tutaj nie ma co już ratować.
Piszesz że po wszystkim żona próbowała ratować kochanka. Czy nie sądzisz, że o czymś to świadczy? Ona nie martwiła się o to co czujesz, jak Cię zraniła ale o to czy kochanek nie będzie miał zniszczonego życia.
A co z TOBĄ? Tobie nie zniszczyla życia?
Wyrazie widać po tym, że przedkłada kochanka nad Ciebie. To on jest dla niej ważniejszy. Tym samym jej słowa o miłości do ciebie są tylko pustym frazesem.
Pisałeś też że żona mówiłą że ma mętlik w głowie i musi sobie wszystko poukładać. To też świadczy o tym jak bardzo tkwi w tej relacji z kochankiem.
r16;Do Ciebie trzyma ją zapewne tylko przywiązanie i strach przed tym co będzie gdyby to się skończyło. Gdzie będzie mieszkać, jak sobie poradzir30; boi się tego i dlatego będzie Ci teraz mącić w głowie byś jej nie zostawił.
Zdradziła Cię po raz kolejny i wydaje mi się, że musi dostać porządnego kopniaka w tyłek żeby w końcu się obudzić bo tak to nigdy się nie zmieni i za pare lat wylądujesz znów na tym wątku żaląc się jak ona mogła mi to ponownie zrobić.
Ja bym wystawił jej walizki za drzwi i wywiózł do mamusi. Wniosek o rozwód z orzeczeniem jej winy. To tak na początek. W zależności jak to na nią podziała Można myśleć co dalej. Zawsze taki wniosek możesz też wycofać. Bywa też tak że dopiero po rozwodzie ludzie prawdziwie rozumieją co stracili i schodzą się ponownie. Od nowa próbują tworzyć relacje między sobą.
Najważniejsze, żeby żona wyciągnęła wnioski z tego co zrobiła. Bo póki co żadnych konsekwencji nie miała ze swych wyskoków. Cierpisz jedynie Ty.
Ona musi dostać kubeł zimnej głowy na głowe a na to konieczne są stanowcze działania. Inaczej nic się nie zmieni. Jeśli jesteś masochistą to możesz w tym trwać ale jeśli masz jeszcze szacunek do samego siebie to chyba wiesz co powinieneś robić.
I nie daj się nabrać na jej marne zagrywki o miłości. Ona nadal tkwi w relacji z kochankiem. Jak kobieta zdradza i jest emocjonalnie związana z kochankiem (a o tym świadczy to że go broni a nie Ciebie) to łatwo tej znajomości nie odpuści. Będzie tylko czekać aż sprawa troche przycichnie i znów zacznie chodzić na boki.
Współczuje Ci chłopie bo widze, że porządny z Ciebie facet. Kiepsko jednak ulokowałeś uczucie i musisz wyciągnąć z tego nauczkę i działaćr30; nie ratuj jednak małżeństwa ale głownie siebie samego i poczucie własnej godności.

Sheridan dnia czerwiec 25 2013 07:45:35
Jeszcze mam pytanie... macie dzieci? Twoi Teściowie wiedzą co też wyczynia ich córeczka?

rekonstrukcja dnia czerwiec 25 2013 07:47:23
Momentami zastanawiam się jak w ogóle można było mnie lubić (pomijam kochanie) przez te wszystkie lata - zadufany w sobie, pewny siebie a tak naprawdę podstaw w życiu/postępowaniu i efektach do tego wszystkiego brak. Zawsze znałem odpowiedź na każde pytanie ale postępować mądrze w życiu ... już nie bardzo.

Volcane, o czym Ty do nas piszesz ? Twoje słowa świadczą o Tobie coś wręcz przeciwnego, do tego , co próbujesz sobie wmawiać. Może jeszcze głowę popiołem posyp i zapal świeczkę na ołtarzu tej biednej męczennicy swojej żony, która latami musiała znosić takiegniedobrego męża, aż pękła i poszła z byle kim do hotelu.

Ja nie wiem, czy nie dostrzegasz tego, że Wy truliście siebie nawzajem? Że może zwyczajnie nie pasujecie do siebie? Że łapanie się jej jak rurki doprowadzającej powietrze , to bezsens , zwłaszcza w takiej sytuacji?

Ta kobieta się upodliła i nie mówię bynajmniej o tym, że Cię zdradziła. Tylko o tym, że mimo tego iż kochanek ją i Ciebie poniżył, to ona nadal próbowała się do niego kleić. Twoja żona nie ma za grosz honoru, Tobie to nie przeszkadza ?

Komentarz doklejony:
Aha, jeszcze parę słów o wspomnianej przez Ciebie "grubej kresce".

Gruba kreska to taka ha-Kotel ha-Maarawi (ściana płaczu). "Piękne i wzniosłe, ale pozbawione wszelkiej nadziei".

Fenix dnia czerwiec 25 2013 08:17:43
Volcane powinieneś tutaj porozmawiać z gupią , jest to osoba wierząca (jak wielu z nas jednak ona bardziej ufa Bogu)
Skoro uważasz że ponosisz częśc winy za to co się stało , a nie są to słowa Twojej żony może warto próbować
Co prawda zona w amoku , z pianą zamiast mózgu ale może ...
Tylko proszę na mnie nie krzyczeć , facet waha się ma poczucie odpowiedzialności za "bigos"
Niech rozpatrzy wszystkie aspekty sprawy , poczeka ...

gacha pogonić , pomyśleć o jego żonie i nie dać się dziadowi szantażować
Jak dopuścił zwierzynę do siebie (żonę0 niech teraz sam się broni
Gdybyś jednak podjął decyzję o rozwodzie zabezpiecz dowody
Ale gdybyś jednak ratował nie wpędzaj sie w ratowanie przez miłośc fizyczną (sex wykasuje sie ) ale przez duchowe zbliżenie się

Komentarz doklejony:
O nie wykasowanysmiley

Gość: lagos dnia czerwiec 25 2013 08:34:50
Volcane
Przestań być idealistą, zejdź na ziemie. Zrozum, ze osoba z która jesteś jest kims innym niz Ci sie wydaje. Dopóki nie wyzwolisz się od jej obrazka, jaki wytworzyłes sobie w głowie nie ogarniesz tego. Nastaw sie na poznanie prawdy, a nie karm sie złudzeniami. Wybieraj gorszą wersje od tej lepszej, a uwierz mi, że na 90% nie bedzie to i tak ta najgorsza.
Ale jestem takim człowiekiem, który chce wiedzieć i być świadom tego co się dzieje. W związku z tym opowiedziała mi wszystko - łącznie z tym, że któregoś razu wylądowali już w łóżku i była już w samych majteczkach - ale że nie o to jej chodziło w jego przypadku (seks) to na tym się zakończyło i do niczego nie doszło - wierzę jej nawet dzisiaj bo wiem czego brakowało jej wtedy we mnie, w nas i wiem jakim człowiekiem był owy kolega.
No chyba nie chcesz wiedzieć i być świadomym wszystkiego. Jesli kobieta, która zdradza swojego partnera jest w samych majtkach, to zaraz bedzie bez nich. Nie zdradza sie troszeczke, nikt nie ma w takich momentach skrupułów, a już na pewno nie zastanawia sie co wyrządza swojemu partnerowi, to tylko projekcje zdradzonych, którzy chcą jakiejs małej pozytywnej czastki, której mogliby sie uchwycić.
Powiedział, że jestem naiwniakiem jeśli myślę że on był jej "pierwszym".

Nad tym tez bym sie powaznie zastanowił, moze to nie było domniemanie z jego strony, moze on to po prostu wiedział.
Wybiłem jej z głowy mówienie komukolwiek - chciała żebyśmy powiedzieli rodzicom, nawet moim - ja wiedziałem, że po tym "środowisko" mogło by nam nie dać dużych szans.

To błąd, masz tyle siły aby jej wybaczyć, a boisz sie co powie otoczenie? A może jesteś jednym z niewielu nieświadomych i otoczenie miałoby Ci wiele do powiedzenia i tego sie własnie boisz, no bo chyba nie wstydu, że jesteś rogaczem. O takich sytuacjach z regułu wie więcej osób niz nam sie wydaje, ktoś zawsze wie, a potem to idzie na zasadzie: powiem ci, tylko nikomu nie mów i nagle wiedzą wszyscy na około, a niestety często najmniej sam zainteresowany.
Tak więc nastaw sie przede wszystkim na to, by dowiedzieć jak najwiecej (całej prawdy nigdy nie poznasz), a potem podejmiesz decyzje, co dalej. I jesli jednak bedziesz chciał jej dać szanse, to nie tak jak Ci podpowiadała koleżanka, odstaw na bok siłe miłosci i inne bzdety i nie daj sie wpędzać w poczucie winy, zdradzajacy zawsze musi jakoś usprawiedliwić swoj egoizm (standard jak poczytasz to forum), no bo gdybyś był taki straszny, to po co miałaby dalej z Toba być, masochizm?

Gość: milord dnia czerwiec 25 2013 08:53:22
Ufffff... A co na to jej rodzice? Zareagowali jakoś? zaoferowali, że ją przygarną jeśli ją wywalisz? Co Ty wyprawiasz. Jak sobie to dalej wyobrażasz. Do końca życia masz zamiar zamiatać to co zostało do słoiczka? To przynajmniej zamieć do urny i zakop. A żonie kochasia bym powiedział. Gdyby go wywaliła to Twoja żona byłaby dla niego karą a nie nagrodąsmiley Dawałbym ich związkowi nie dłużej jak dwa, trzy miesiącesmiley I z kolei on by ją wywaliłsmiley

Strona 1 z 7 1 2 3 4 > >>
Dodaj komentarz
Zaloguj się, żeby móc dodawać komentarze.
Oceny
Dodawanie ocen dostępne tylko dla zalogowanych Użytkowników.

Proszę się zalogować lub zarejestrować, żeby móc dodawać oceny.

Brak ocen.
Podobne zdrady
Reklama Zjawy i demony
www.parapsychologia.zjawa.com
...bo są w tacy ludzie, którzy zawsze mają w życiu pod górę ...
jak jesteś nie wie nikt...
Jesteśmy ze sobą 8 lat, po pięciu zdradziła mnie z ojcem swojego
Logowanie
Login lub e-mail

Hasło



Nie jesteś jeszcze naszym Użytkownikiem?
Kilknij TUTAJ żeby się zarejestrować.

Zapomniane hasło?
Wyślemy nowe, kliknij TUTAJ.
Aktywne tematy !!!
Poradźcie Podłej Zdr...
Jak zostać ...
Czy zemsta i zniszcz...
Podejrzenia
serce rozpadło się n...
Zdrada a rozwód
Tak kochal, ze az zd...
Samotna Mama
kolejne szanse
Potrzebuje porady
Co będzie dalej?
17 lat razem i 3 lat...
Porada
Zdrada i twierdzenie...
Mąż kłamie i zdradza
zrobiła to po latach...
Największy cios w mo...
Zdrada
Kłamstwa
Mam złamane serce- p...
Zdrada po 10 latach!
Zdrada czy urojenie?
Zdrada
Intymne rozmowy w in...
Zdrada emocjonalna
Shoutbox
Tylko zalogowani mogą dodawać posty w shoutboksie.

cziken
11/02 09:06
dzięki Crusoe smiley

Archiwum
Reklamy
Rehabilitacja Andrychów
Copyright © 2007-2015 www.zdradzeni.info